- Angie -
- Pani też nie może spać? - zapytał
- Co? Ale jak to, będziemy teraz tak oficjalnie? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- A nie było tak od zawsze? - mężczyzna zmarszczył brwi.
- Niby tak, ale po tym, co się wczoraj wydarzyło...
- A co mianowicie? - za oknem grzmotnęło, a mi zaszkliły się oczy. - Co jest, aż tak bardzo boi się pani burzy? - roześmiał się. Nie byłam w stanie odpowiedzieć. Nagle wszystko straciło sens. No tak, to za piekne, żeby było możliwe. Nie mogłam tam stać i na niego patrzeć, patrzeć jak wszystko co skserować ę wali. Pobiegłam do swojego pokoju i zamknęłam drzwi na klucz. Jak on może tak perfidnie udawać, że nic się nie stało. Że zupełnie nie wie o co chodzi. Rzuciłam się na łóżko, i wybuchłam placzem. Nie mogłam w to uwierzyć. Spojrzalam w okno, za którym płonął jakiś budynek. Pewnie piorun w niego uderzył. I nagle coś sobie uświadomiłam. To nie jego wina, tylko moja. Nic między nami nie zaszło, to było tylko takie wyobrażenie. Albo raczej sen... Te ostatnie trzy dni... W rzeczywistości nigdy ich nie było... To by wyjaśniało, dlaczego wszystko tak szybko mi się urwało. To nie był realny świat, tylko moja wyobraźnia! Ale to było takie realne... Jednego jednak wciąż nie rozumiałam. Dlaczego to ja mam zawsze w życiu największego pecha?!
- Leon -
Była czwarta nad ranem. Leżałem w łóżku, i grałem w jakieś bezsensowne gry na telefonie. Za oknem szalał wiatr, co minutę się byskało. Mój pies stał przy drzwiach tarasowych, i szczekał na spadające liście. Kiedy na ekranie komórki pojawiła się informacja o niskim poziomie baterii, wyłączyłem aplikację i zastanawiałem się, co dalej ze sobą zrobić. Było już późńo, ale postanowiłem napisać SMSa do Violetty.
"Hej Violu, śpisz?"
Odpisała błyskawicznie.
" Nie śpię, nie mogę. U ciebie też jest taka burza?"
"Kotku, mieszkam dwie ulice dalej:/ Może jutro wyjdziemy gdzieś razem?"
"Pewnie ^ ^ Zadzwonię jutro, OK?"
"OK:) Dobranoc"
Miałem nadzieję, że pogadamy trochę dłużej, ale mojej dziewczynie najwyraźniej zachciało się spać. Po chwili poczułem wibracje. Spojrzałem na wyświetlacz komórki, na którym widniał napis " Do widzenia"
Pięknie. Teraz pozostało mi już tylko gapienie się w szybę, na uginające się pod wpływem wiatru drzewa. Albo granie w Forca Motorsport 4. Wybrałem to drugie.
*Następnego dnia*
Kiedy wstałem, a było to koło 12, na zewnątrz świeciło śłońce, ludzie chodzili w lekkich ubraniach, a dzieci przemykały z cienia na cień. Wyszedłem na dwór, rozprostować kości po ciężkiej nocy. Z nieba dosłownie lał się żar, chociaż było jeszcze dosyć wcześnie. Żadnego wiatru, żadnej chmurki, tylko upał. Przypomniało mi się, że Viola miała do mnie zadzwonić. Pobiegłem do pokoju, sprawdzić telefon, ale był rozładowany. Podłączyłem go szybko, ale stwierdzilem, że zanim ten grat się włączy, minie dobre 10 minut. Do mojego pokoju zapukała mama.
- Hej, już wstałeś? - spytała. Przecież byłem już na dole, siedziałem na dworze ponad 20 minut... Ach, no tak, ona z Martinem fali tsunami by nie zauważyła. Martin to mój ojczym. W sumie to spoko gośc, ale tak, muszę to przyznac, uważam, że zabiera mi mamę.
- Nie, lunatykuję. - odpowiedziałem zirytowany.
- To fajnie. Przyjdź zaraz na śniadanie.
Mruknąłem coś pod nosem i spojrzałem na telefon. Żadnego powiadomienia."No trudno, pewnie zadzwoni później" pomyślałem. Po kilku sekundach poczułem wibracje w dłoni. SMS od taty."Przyjdź do parku, mam dla ciebie niespodziankę" Hmmm... Dziwne... Tata umie pisać SMS-y! Nieważne. Ubrałem się i wyszedłem. Po drodze co pięć sekund patrzyłem na komórkę, czy nie mam wiadomości od Violetty. Niestety ciagle nic. Za to parę razy wpadłem na jakichś przechodniów. Zastanawiałem się też, co to za niespodzianka. Nie miałem żadnego pomysłu, ale na wszelki wypadek staranniej niż zwykle ułożyłem włosy. Silny wiatr jednak ciągle mi je rozwiewał. Kiedy wreszcie dotarłem do umówionego miejsca, nie wierzyłem własnym oczom. Przede mną stała Kassandra. Ta sama Kassandra, z którą 10 lat temu ganiałem się po polu. Ta sama, która zawsze jak mnie widziała, na dzień dobry wylewała mi wiadro wody na głowę.. I ta sama, ktorej nie widziałem od siedmiu lat.
- Sanny! - wydarłem się, a ona rzuciła mi się w ramiona. - Z kąd ty się tu wzięłaś?
- To ja... Zostawię was samych. - powiedział z uśmiechem ojciec i odszedł.
- Leon, przyjechałam z LA na wakacje. I... Zamieszkam u was! Cieszysz się? - ponownie uwiesila się na mnie.
- Leon! - usłyszałem za sobą znajomy głos. - Dziś miała być nasza wymarzona randka, wydzwaniam do ciebie od piętnastu minut, a ty obściskujesz się w parku z jakąś wywłoką?!
- Nie, VIoletto, to nie tak jak myślisz... - roześmiałem się.
- Jeszcze się cieszysz jak głupi? Nic już nie mów, nie masz się co tłumaczyć. To koniec.
- Co to było? - spytałem sam siebie. Kiedy odwróciłem się do Sanny, ta stała z otwartą buzią. - Hej! - potrząsnąłem nią.
- Czy to... Była twoja dziewczyna? - spytała z niedowierzaniem.
- Właśnie, była.
- Mam z nią pogadać? Mogę jej wszystko wyjaśnić. Nie chce zebyś miał z mojego powodu kłopoty. Leon, słuchasz mnie?
- Tak. Znaczy nie. Potem to odkręcę, a teraz chodź, oprowadzę cię bo mieście. - zaproponowałem. Szliśmy w milczeniu, aż doszliśmy do wesołego miasteczka na głównym placu. - I co? Co wybierasz? - dziewczyna stała w miejscu i kręciła się w kółko jak w filmach. Oczywiście z rozdziawionymi ustami. - Nie no, co ty masz z tą gębą? Trzeba ci ją zszyć czy co?
- Przepraszam, ale tu jest tak pięknie... - w sumie miała rację. Trudno było nie zapatrzeć się w turkusowe niebo, bez żadnej chmurki, w ogromne drzewa powiewające na wietrze, w różnokolorowe drzewa i krzewy, zasadzone w alejkach... Na pewno było ciężko. - Chodź na diabelski młyn! - pociągnęła mnie za rękę. Wpakowała się do gondoli bez biletu, i patrzyła się jak idiotka na maszynistę, który wrzeszczał do niej po hiszpańsku, ciągle gestykulując. Po dłuższej chwili monologu, mężczyzna zrezygnował z dalszych prób wypędzenia dziewczyny i włączył mechanizm. Młyn powoli ruszył.
- To co cię tu sprowadza? - spytałem
- Głównie to przyszłość. Chcę znaleźć sobie tutaj szkołę.
- Przecież nie znasz języka. - przerwałem jej.
- Jak nie znam? - spytała po hiszpańsku. Zaczęliśmy się śmiać, jednak coś zarzuciło nami do przodu, a koło stanęło. - Co jest? - dziewczyna była na prawdę wystraszona.
- Nic, nic się nie dzieje, spokojnie. To pewnie tak specjalnie. - spróbowałem jakoś ją pocieszyć, chociaż sam byłem nieźle przerażony. Uśmiechnęła się lekko i wyjęła komórkę. Jednak minęło 10 minut, 15, 20... A my ciągle wisieliśmy 20 metrów nad ziemią. Wtedy stało się chyba najgorsze co mogło się stać. Zaczęło padać. Padać to mało powiedziane, strugi deszczu lały się z nieba strumieniami, a my w kilka sekund byliśmy przemoczeni do suchej nitki.
- Leon? - spytała Kassandra. Zorientowałem się wtedy, że płacze, więc mocno ją przytuliłem.
- Nie martw się, będzie dobrze.
- Nie, nie o to mi chodzi. - mówiła, a po jej twarzy spływały miliony kropel. Niektórymi z nich mogły być łzy.- Muszę ci coś powiedzieć... - zawiesiła głos.
"Hej Violu, śpisz?"
Odpisała błyskawicznie.
" Nie śpię, nie mogę. U ciebie też jest taka burza?"
"Kotku, mieszkam dwie ulice dalej:/ Może jutro wyjdziemy gdzieś razem?"
"Pewnie ^ ^ Zadzwonię jutro, OK?"
"OK:) Dobranoc"
Miałem nadzieję, że pogadamy trochę dłużej, ale mojej dziewczynie najwyraźniej zachciało się spać. Po chwili poczułem wibracje. Spojrzałem na wyświetlacz komórki, na którym widniał napis " Do widzenia"
Pięknie. Teraz pozostało mi już tylko gapienie się w szybę, na uginające się pod wpływem wiatru drzewa. Albo granie w Forca Motorsport 4. Wybrałem to drugie.
*Następnego dnia*
Kiedy wstałem, a było to koło 12, na zewnątrz świeciło śłońce, ludzie chodzili w lekkich ubraniach, a dzieci przemykały z cienia na cień. Wyszedłem na dwór, rozprostować kości po ciężkiej nocy. Z nieba dosłownie lał się żar, chociaż było jeszcze dosyć wcześnie. Żadnego wiatru, żadnej chmurki, tylko upał. Przypomniało mi się, że Viola miała do mnie zadzwonić. Pobiegłem do pokoju, sprawdzić telefon, ale był rozładowany. Podłączyłem go szybko, ale stwierdzilem, że zanim ten grat się włączy, minie dobre 10 minut. Do mojego pokoju zapukała mama.
- Hej, już wstałeś? - spytała. Przecież byłem już na dole, siedziałem na dworze ponad 20 minut... Ach, no tak, ona z Martinem fali tsunami by nie zauważyła. Martin to mój ojczym. W sumie to spoko gośc, ale tak, muszę to przyznac, uważam, że zabiera mi mamę.
- Nie, lunatykuję. - odpowiedziałem zirytowany.
- To fajnie. Przyjdź zaraz na śniadanie.
Mruknąłem coś pod nosem i spojrzałem na telefon. Żadnego powiadomienia."No trudno, pewnie zadzwoni później" pomyślałem. Po kilku sekundach poczułem wibracje w dłoni. SMS od taty."Przyjdź do parku, mam dla ciebie niespodziankę" Hmmm... Dziwne... Tata umie pisać SMS-y! Nieważne. Ubrałem się i wyszedłem. Po drodze co pięć sekund patrzyłem na komórkę, czy nie mam wiadomości od Violetty. Niestety ciagle nic. Za to parę razy wpadłem na jakichś przechodniów. Zastanawiałem się też, co to za niespodzianka. Nie miałem żadnego pomysłu, ale na wszelki wypadek staranniej niż zwykle ułożyłem włosy. Silny wiatr jednak ciągle mi je rozwiewał. Kiedy wreszcie dotarłem do umówionego miejsca, nie wierzyłem własnym oczom. Przede mną stała Kassandra. Ta sama Kassandra, z którą 10 lat temu ganiałem się po polu. Ta sama, która zawsze jak mnie widziała, na dzień dobry wylewała mi wiadro wody na głowę.. I ta sama, ktorej nie widziałem od siedmiu lat.
- Sanny! - wydarłem się, a ona rzuciła mi się w ramiona. - Z kąd ty się tu wzięłaś?
- To ja... Zostawię was samych. - powiedział z uśmiechem ojciec i odszedł.
- Leon, przyjechałam z LA na wakacje. I... Zamieszkam u was! Cieszysz się? - ponownie uwiesila się na mnie.
- Leon! - usłyszałem za sobą znajomy głos. - Dziś miała być nasza wymarzona randka, wydzwaniam do ciebie od piętnastu minut, a ty obściskujesz się w parku z jakąś wywłoką?!
- Nie, VIoletto, to nie tak jak myślisz... - roześmiałem się.
- Jeszcze się cieszysz jak głupi? Nic już nie mów, nie masz się co tłumaczyć. To koniec.
- Co to było? - spytałem sam siebie. Kiedy odwróciłem się do Sanny, ta stała z otwartą buzią. - Hej! - potrząsnąłem nią.
- Czy to... Była twoja dziewczyna? - spytała z niedowierzaniem.
- Właśnie, była.
- Mam z nią pogadać? Mogę jej wszystko wyjaśnić. Nie chce zebyś miał z mojego powodu kłopoty. Leon, słuchasz mnie?
- Tak. Znaczy nie. Potem to odkręcę, a teraz chodź, oprowadzę cię bo mieście. - zaproponowałem. Szliśmy w milczeniu, aż doszliśmy do wesołego miasteczka na głównym placu. - I co? Co wybierasz? - dziewczyna stała w miejscu i kręciła się w kółko jak w filmach. Oczywiście z rozdziawionymi ustami. - Nie no, co ty masz z tą gębą? Trzeba ci ją zszyć czy co?
- Przepraszam, ale tu jest tak pięknie... - w sumie miała rację. Trudno było nie zapatrzeć się w turkusowe niebo, bez żadnej chmurki, w ogromne drzewa powiewające na wietrze, w różnokolorowe drzewa i krzewy, zasadzone w alejkach... Na pewno było ciężko. - Chodź na diabelski młyn! - pociągnęła mnie za rękę. Wpakowała się do gondoli bez biletu, i patrzyła się jak idiotka na maszynistę, który wrzeszczał do niej po hiszpańsku, ciągle gestykulując. Po dłuższej chwili monologu, mężczyzna zrezygnował z dalszych prób wypędzenia dziewczyny i włączył mechanizm. Młyn powoli ruszył.
- To co cię tu sprowadza? - spytałem
- Głównie to przyszłość. Chcę znaleźć sobie tutaj szkołę.
- Przecież nie znasz języka. - przerwałem jej.
- Jak nie znam? - spytała po hiszpańsku. Zaczęliśmy się śmiać, jednak coś zarzuciło nami do przodu, a koło stanęło. - Co jest? - dziewczyna była na prawdę wystraszona.
- Nic, nic się nie dzieje, spokojnie. To pewnie tak specjalnie. - spróbowałem jakoś ją pocieszyć, chociaż sam byłem nieźle przerażony. Uśmiechnęła się lekko i wyjęła komórkę. Jednak minęło 10 minut, 15, 20... A my ciągle wisieliśmy 20 metrów nad ziemią. Wtedy stało się chyba najgorsze co mogło się stać. Zaczęło padać. Padać to mało powiedziane, strugi deszczu lały się z nieba strumieniami, a my w kilka sekund byliśmy przemoczeni do suchej nitki.
- Leon? - spytała Kassandra. Zorientowałem się wtedy, że płacze, więc mocno ją przytuliłem.
- Nie martw się, będzie dobrze.
- Nie, nie o to mi chodzi. - mówiła, a po jej twarzy spływały miliony kropel. Niektórymi z nich mogły być łzy.- Muszę ci coś powiedzieć... - zawiesiła głos.
- Mów, mów, nie mamy tu nic innego do roboty. - uśmiechnąłem się, wypluwając przy okazji wodę z ust.
- Taaaak, no więc... Pamiętasz, jak na wielkanoc 12 lat temu powiedziałam ci że cię kocham? - pokiwałem glową. - Teraz czuję to samo. Tylko że na serio! - tym razem to ona się uśmiechnęła. - Za dużo czasu przebywasz ze mną. - powiedziała z podejrzliwą miną. Teraz zorientowałem się, że opadła mi szczęka, a ja gapiłem się na nią jak na kosmitę. - No... A ty?
- Sanny, ja...
- Taaaak, no więc... Pamiętasz, jak na wielkanoc 12 lat temu powiedziałam ci że cię kocham? - pokiwałem glową. - Teraz czuję to samo. Tylko że na serio! - tym razem to ona się uśmiechnęła. - Za dużo czasu przebywasz ze mną. - powiedziała z podejrzliwą miną. Teraz zorientowałem się, że opadła mi szczęka, a ja gapiłem się na nią jak na kosmitę. - No... A ty?
- Sanny, ja...
- Angie -
Dostałam SMS-a od Pablo. "Przyjdź szybko do Resto. To pilne!!!" Zgarnęłam więc szybko torebkę z łóżka i wzięłam pierwszą lepszą taksówkę. Kiedy ją zatrzymywałam, lekko już kropiło, a niebo zachmurzało się coraz bardziej. Zanim dojechaliśmy na miejsce, zdążyło się już nieźle rozpadac. Zapłaciłam kierowcy i wbiegłam do baru. Było tu jakoś inaczej niż zwykle. Wszystkie okna były zasłonione czarnymi roletami, stoliki rozsunięte pod ściany, pomieszczenie ogarniał prawie całkowity mrok, trochę światła wpadło jedynie kiedy otworzyłam drzwi, ae gdy je zamknęłam, znowu nastała ciemnośc. Po omacku szłam przed siebie i w momencie kiedy potknęłam się o nogę krzesła, na scenie zapaliły się dwa reflektory, zielony i niebieski. W ich świetle stał mój chłopak.
- Angie Saramego, wyjdziesz za mnie? - mówiąc to uklęknął na jedno kolano.
- Że co?! - wrzasnęłam nadal leżąc na podłodze. Mężczyzna spojrzał na mnie zażenowany. - Nie, serio, co mówileś, bo nie słyszałam. Wywrócił oczami.
- Pytałem, czy...
- Angie! Angie, szukalem cię po całym mieście. Jest z tobą Violetta? - do sali wpadł German.
- Nie, nie ma jej ze mną. Potrzebujesz czegoś ode mnie? - spytałam lekko zirytowana. - Pablo chyba chcial mi powiedziec coś ważnego. Albo nie.
- Tak, chciałem, żebyś pomogła Violetcie przygotowac się na ślub.
- Ślub? Jaki ślub? I czemu to jest aż tak ważne żeby mnie szukac?
- Mój ślub. Znaczy mój i Jade. - zamurowało mnie. Nie, nie, nie, to musi byc jakiś zły sen. Zaraz się obudzę, zejdę do kuchni, a on ucałuje mnie na dzień dobry, a potem... - Angie! - facet machał mi ręką przed oczami. Z trudem powstrzymałam łzy.
- Ślub? Gdybym miał 6 lat i byłbym dziewczynką, powiedziałbym że możemy zrobic podwójny ślub, wesele, zamieszkac w bliźniakach, kupic Golden Retrievery... - Odezwał się Pablo. Moment moment moment moment moment. Jaki podwójny ślub? Czy on mi się właśnie przed chwilą...
- Ej, ej, chłopie, wyhamuj. Jakie Retrievery? - jak ten facet lubi przerywac innym!
- No, takie psy... Wiesz... - German wywrócił oczami.
- Ale w sumie ten pomysł z weselem nie jest taki zły. - gapiłam się na nich osłupiała. Podwójny ślub?! Serio? Ja nie jestem chętna nawet na jeden! Jak ja mam odmówic mojemu facetowi, no? Nie potrafię... A co do ślubu szwagra to... Sama nie wiem co mam o ty myślec...
Dostałam SMS-a od Pablo. "Przyjdź szybko do Resto. To pilne!!!" Zgarnęłam więc szybko torebkę z łóżka i wzięłam pierwszą lepszą taksówkę. Kiedy ją zatrzymywałam, lekko już kropiło, a niebo zachmurzało się coraz bardziej. Zanim dojechaliśmy na miejsce, zdążyło się już nieźle rozpadac. Zapłaciłam kierowcy i wbiegłam do baru. Było tu jakoś inaczej niż zwykle. Wszystkie okna były zasłonione czarnymi roletami, stoliki rozsunięte pod ściany, pomieszczenie ogarniał prawie całkowity mrok, trochę światła wpadło jedynie kiedy otworzyłam drzwi, ae gdy je zamknęłam, znowu nastała ciemnośc. Po omacku szłam przed siebie i w momencie kiedy potknęłam się o nogę krzesła, na scenie zapaliły się dwa reflektory, zielony i niebieski. W ich świetle stał mój chłopak.
- Angie Saramego, wyjdziesz za mnie? - mówiąc to uklęknął na jedno kolano.
- Że co?! - wrzasnęłam nadal leżąc na podłodze. Mężczyzna spojrzał na mnie zażenowany. - Nie, serio, co mówileś, bo nie słyszałam. Wywrócił oczami.
- Pytałem, czy...
- Angie! Angie, szukalem cię po całym mieście. Jest z tobą Violetta? - do sali wpadł German.
- Nie, nie ma jej ze mną. Potrzebujesz czegoś ode mnie? - spytałam lekko zirytowana. - Pablo chyba chcial mi powiedziec coś ważnego. Albo nie.
- Tak, chciałem, żebyś pomogła Violetcie przygotowac się na ślub.
- Ślub? Jaki ślub? I czemu to jest aż tak ważne żeby mnie szukac?
- Mój ślub. Znaczy mój i Jade. - zamurowało mnie. Nie, nie, nie, to musi byc jakiś zły sen. Zaraz się obudzę, zejdę do kuchni, a on ucałuje mnie na dzień dobry, a potem... - Angie! - facet machał mi ręką przed oczami. Z trudem powstrzymałam łzy.
- Ślub? Gdybym miał 6 lat i byłbym dziewczynką, powiedziałbym że możemy zrobic podwójny ślub, wesele, zamieszkac w bliźniakach, kupic Golden Retrievery... - Odezwał się Pablo. Moment moment moment moment moment. Jaki podwójny ślub? Czy on mi się właśnie przed chwilą...
- Ej, ej, chłopie, wyhamuj. Jakie Retrievery? - jak ten facet lubi przerywac innym!
- No, takie psy... Wiesz... - German wywrócił oczami.
- Ale w sumie ten pomysł z weselem nie jest taki zły. - gapiłam się na nich osłupiała. Podwójny ślub?! Serio? Ja nie jestem chętna nawet na jeden! Jak ja mam odmówic mojemu facetowi, no? Nie potrafię... A co do ślubu szwagra to... Sama nie wiem co mam o ty myślec...
***
Tadaaaaaaaaaaa!!!
Niespodzianka!
Jest już dzisiaj ^ ^
Jak się podobało?
Może trochę krótki, ale nie chciałam od razu wszystkiego rozwijac w jednym.
Przepraszam was, ale na tym starym gracie nie działa mi "ci"!
Znaczy, takie z kreską.
Jak tylko będę na drugim laptopie to to poprawię, obiecuję <3
***
Jak już pewnie zauważyliście, zmieniłam wygląd.
Nie wiem czy się wam podoba, dla mnie jest OK.
Jeżeli tamten wam bardziej pasował, piszcie, to zmienię C:
***
Wykreślanka.
Wg moich jakże dokładnych i dogłębnych wyliczeń wynika, że w wykreślance odpada numer 2 xD
Która Tini następna?
Bożeee jak ten laptop przymulaaa -.-
Jak tak dalej pójdzie wyrzucam go przez okno xD
Wg mnie odpada 4.
Aha, i challenge 5 komentarzy.
Nie ddotyczących wykreslanki. No chyba że będzie zawierał i o wykreslance i o rozdziale.
Podnoszę stawkę, chociaż wiem, że to wam trochę zajmie. Obserwujcie noo.
A, i wycisnęłam z siebie drugiego bloga.
Prowadzę go razem z koleżanką.
Tylko proooszę, jak już przeczytacie nazwę, to nie tarzajcie się po podlodze oki?
Na razie tam nic nie ma ale okejjj.
Jutro wieczorem będzie.
I nie będzie problemu, bo nie potrzebna będzie wena i pomysły ^ ^
Ojoj, rozpisałam się trochę :>
Kończę, a wy komentujcie tak?
Buziaaaaaaaaaaaaaki, Natt
PS. Violettowych <3
PS. 2. Rozdział powstał dzięki Margaret i Tell Me How Are Ya ( czyt. moje zioło xD)
PS. 3. Jak ja mogłam zapomniec!!! Dziś był ( znaczy wczooraj O.o ) ostatni odcinek Violetty, a drugi sezon dopiero 21 października!!!
Czyli za prawie dwa mięsiące:c
Przez ten czas zbieramy się i czytamy wszystkie blogi WERU <3
Czekajcie, ile ona ich ma?
8, 9?
Sama nie wiem...
O jeeeesuuuusieeee ale tego napisałam xD
Takk ja bardzo krejzi.
Sorka, ale już o tej godzinie mi odwala...
Papapapapapapappapapapap
PS 4. Zapomnialam...:c
PS 5. Boże już pierwsza xD
PS 6. Kurde dużo tych PSów
OKiej papatki, jak sb przypomne co miało byc pod PS 4 to wam napiszę.
Besos, Natt :>
Ojeju, jeszcze zdjęcie!
Hmmmm...
Albo nie!
Macie Margaret, może doda wam weny xD
Hmmmm...
Albo nie!
Macie Margaret, może doda wam weny xD
KOCHAM:*
Piosenkę i was xD
BrAnOc 8)
PS. O Jesuuuu jaka ja jestem głodna:c










