- Violetta... Violu, odezwij się! - krzyczałam przez łzy. Nie mogłam nawet myśleć o tym, że mogłam jej już więcej nie zobaczyć. Chciałam wiedzieć co się stało, aż zżerała mnie ciekawość, ale jednocześnie mnie to nie obchodziło. Teraz obchodziła mnie tylko moja mała Violetta...
- A pani z rodziny? - zapytał lekarz znużonym głosem, jakby odmawiał jakąś codzienną formułkę. Nie, po prostu tak jakoś sobie przyszłam, wypocić oczy...
- Yyy... Ja
- Mamo? Co się stało z Violettą? Wiesz już coś? - spytał MNIE Leon. Coś mu się pomyliło, czy jak?
- Co...?
- Jeżeli nie jest pani z rodziny, proszę opuścić pojazd. - Irytował się lekarz. Co? Jaki pojazd? Teraz dopiero zorientowałam się, że siedzę na ławce przy ścianie karetki.
- W zasadzie to jestem jej...
- Mamą. - przerwał mi chłopak i spojrzał na mnie porozumiewawczo. - To nasza, znaczy moja siostra. Czy to coś poważnego? Wyjdzie z tego? - wskazał głową na łóżko, na którym właśnie układali moją siostrzenicę. Lekarz spojrzał nieufnie na Leona, po czym z ociąganiem przeniósł wzrok na mnie.
- Ile pani ma właściwie lat? - spytał po zlustrowaniu dokładnie całej mojej osoby.
- Trzydzieści osiem. - skłamałam. Lekarz tylko westchnął i zajął miejsce obok mnie. Okazało się, że już od dobrych trzech minut pędzimy przez niemal puste ulice. Miałam zamiar wrzasnąć do kierowcy żeby trochę zwolnił, ale przypomniałam sobie, że karetki prawo nie obowiązuje. No, prawie. Jechaliśmy jeszcze może pół minuty. Kiedy dojechaliśmy do szpitala, ratownicy kazali nam wysiąść z auta, a sami zajęli się wyjmowaniem noszy z wnętrza karetki. Jeden z nich zaprowadził mnie i Leona do poczekalni i kazał czekać na diagnozę.
- Angie... - odezwał się po dłuższej chwili chłopak. Spojrzałam na niego pytająco. - Wiesz... Ja to wszystko widziałem.
- Co widziałeś?
- No...
- Dzień dobry! Dobry, dobry. Coś mi się zdaje, że trochę sobie tu razem posiedzimy... No, to na kogo pani czeka? - jakaś czterdziestka z dzieckiem na rękach wlepiała we mnie swoje pseudo-uśmiechnięte gały.
- Na sio...
- Córkę. - przerwał mi Leon. Ach, zapomniałam, że teraz jestem ich matką. Zdezorientowana pokiwałam tylko głową. - Na córkę.
- Ach, ja czekam na męża. Znów spadł że schodów! Oj, ten mój Rodrigo... Taka z niego sierota! Kiedyś poszedł kłaść papę na dachu i się z niego zwalił! Niby nic złego, każdemu się może zdarzyć, no ale sześć razy? A u pani jak tam? Wszystko dobrze? Dzieci zdrowe? Na pewno, na pewno. Co tam u męża? Znowu pracuje? A tak w ogóle, jak się pani nazywa? Pewnie Angelica, pasuje do pani. Ale nie, Angelica to za długo... może Angie? Gdzie pani była na wakacjach? Jest pani strasznie opalona. Ach, no tak, u nas zawsze świeci słońce. Hahahahaha! Na pewno stać panią na drogie wakacje, co? Lubi pani spaghetti? Na pewno ten mały lubi. Jeśli pani chce, to mogę pani mailem wysłać przepis. Albo adres cudownej włoskiej restauracji! Tak, właśnie, wczoraj założyłam sobie wczoraj pocztę! Kochana, ty chyba w ogóle tych dzieci nie karmisz! Patrz jaki on chudy jest... pewno jarzynek nie jesz, co? - patrzyła na Leona jak na pięciolatka.
- Muszę iść... Do toalety! - rzuciłam. - Radź sobie sam. - szepnęłam jeszcze Leonowi na ucho i pobiegłam w stronę jakiegoś korytarza.
Do toalety? WOW, jakie to oryginalne! Cudownie, teraz muszę znosić ten jazgot sam.
- Synku, jak...
- Pani... Rodriguez, mąż chce panią widzieć. - przerwał kobiecie lekarz. Spojrzałem na niego wzrokiem gimbuski która dostała nowy tusz do brwi, czy cośtam.
- Leon! Leon, co się stało Violce? Usłyszałem za sobą głos Francesci, a zaraz potem pisk małej Naty:
- Fujek Leon! Klamy f belka? Belek! - wrzasnęła, klepnęła mnie w kolano, wpadła na Rodriguezową, która właśnie opuszczała poczekalnię i puściła się pędem, obijając się przy okazji o wszystkie krzesła, automaty i śmietniki. Szczęście, że tego dnia w szpitalu było prawie pusto.
- Naty! Natalia! Wracaj tu w tej chwili! - zawołała za nią Fran i pobiegła, potykając się co chwila na tych swoich dwudziestocentymetrowych szpilach. Francesca była najlepszą przyjaciółką Violetty i żoną mojego brata, Marco. Byli starsi ode mnie i Violki o trzy lata.
Już miałem wyjąć telefon i poszukać Wi-Fi, ale moich kolan dopadła Naty i podskakując, krzycząc, piszcząc, błagała, żebym wziął ją na kolana. Podniosłem delikatnie malutką i nakryłem ją swoją kurtką. Zza rogu wyleciała zdyszana włoszka i nie mogąc złapać powietrza, doczłapała się do naszego rzędu krzeseł.
- Yh, mała przeyhychodzi terazyhy okres buyhyntu... - wydyszała.
- W wieku trzech lat? - spytałem z kpiną w głosie.
- Jeście nie mam cech lat! - spod kurtki wyłoniła się oburzona główka. Francesca odebrała mi ją, posadziła sobie na kolanach i zaczęła łaskotać. Myślałem, że Natka zbombluje się z tego śmiechu, jak to dzieci mają.
- A państwo...? - spytał no z tego ni z owego lekarz, który przyglądał się nam już kilka dobrych sekund. Był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną z kilkudniowym zarostem i gęstymi, ciemnymi włosami. Pomyślałem sobie, że jeśli to on jest lekarzem Violi, mogę zacząć być zazdrosny.
- Ja do Violetty Castillo! - wyrwała z odpowiedzią Francesca, mrugając zalotnie rzęsami.
- Proszę że mną. - powiedział lekarz z uśmiechem, pokazując rząd idealnie białych zębów. Wybielane, pomyślałem. Tego będę się trzymać. Te mięśnie to pewnie tylko taka specjalną koszulka, a włosy to peruka. Lekarze faktycznie muszą nieźle zarabiać, że tego gościa stać na takiego charakteryzatora... Dopiero po chwili zorientowałem się, że Fran, Naty i lekarz dawno poszli do sali Violki. Miałem iść za nimi, ale zauważyłem że jakąś wąsata sprzątaczka warczy na mnie zza lady.
Bolało mnie wszystko. Kręciło mi się w głowie i nie mogłam otworzyć oczu. Nie wiem co ja sobie myślałam... Nigdy więcej nie kupuję lemoniady u tego gościa... Chciałam wiedzieć gdzie jestem, z kim i dlaczego, w zakamarkach pamięci próbowałam odszukać jakiekolwiek wskazówki, urywki momentów, ale znalazłam tam tylko świst powietrza i ból.
- Ciocia Fiola ślopiła siopie ku-ku... - usłyszałam jakby zza ściany.
- Taaaak, i to dosyć porządnie, kochanie. - powiedział jakiś głęboki głos. Nigdy wcześniej go nie słyszałam. - Twoja ciocia spadła z bardzo wysoka. - kontynuował. Kątem zamglonego oka dostrzegłam małą dziewczynkę, która najprawdopodobniej wypowiedziała pierwsze zdanie.
- Na... ta... lia...? - wydobyłam z siebie łamiącym się głosem.
- Violetta! Vilu, wróciłaś do nas! - pisnął ktoś.
- Mamo, ciocia nikcie nie pośła... - wybulgotała zdziwiona dziewczynka.
Ktoś mnie przytulił. Jakaś szczupła osoba, ubrana w szarą garsonkę i koszulę z żabotem. Czarne włosy były upięte w wysokiego koka...
- Francesca! - chciałam krzyknąć, ale z moich ust wydobył się tylko niezrozumiały pisk. Jak ja mogłam jej nie poznać?!
- Hah, też się bardzo cieszę! - zaśmiała się przyjaciółka. Chcialam pokrecić głową i zachichotać, ale byłam kompletnie sparaliżowana, a mój chichot brzmiał jak odgłos kaszlu leniwca. Jakkolwiek to brzmi.
- Mamusiu, ciocia ksiyciy zie boji siem mysiy.
- Spokojnie Violu, to normalne że nie możesz nic powiedzieć. Yy... To normalne, prawda? - spytała zbitym z tropu głosem postawnego mężczyznę przy stole, będącego zapewne moim lekarzem prowadzącym, który tylko kiwnął głową. - No, to normalne. A teraz do rzeczy: Violka, ty skończona idiotko, co ty sobie w ogóle wyobrażasz?!
- Śkońciona idiotka! - zawtórowała Natka.
- Ty siedź cicho! - Fran wrzasnęła na nią, po czym wróciła do wrzeszczenia na mnie. - Co ty sobie myślisz? Że skoczysz sobie z karuzeli i wszystko będzie OK?! To ja ci coś powiem. Nie będzie OK! Bedzie do dupy! Ty zdurniała egoistko, myślisz czasem o innych?! O Leonie?! O mnie?! O tacie?! Angie?! O innych?! Nic, w ogóle nie myślisz! Po kiego ci ta pusta bania ba szyi? Żeby ładnie wyglądać? Żeby myśleć, geniuszu! Violka, jeszcze raz coś takiego zrobisz, to przysięgam, że własnoręcznie cię uduszę! - stanęła, by nabrać powietrza i już, już miała wybuchnąć następną niagarą gróźb i obelg, ale na jej głowę spadł różowy deszcz z płatków róży wykonany przez Naty. Francesca przymknęła oczy, odczekała chwilę, jakby liczyła do dziesięciu i powoli zaczęła wydłubywać sobie szczątki kwiatów z włosów, podczas gdy ja że śmiechu o mało co nie spadłam z łóżka.
- Mama fleście łatnie pachnie!
.jpg)




