środa, 6 listopada 2013

Rozdział 6 ... "Kochałem cię przez cały ten czas"

                       
- Leon -

- No? Ty co? - spytała przyjaciółka. Przymknąłem oczy z westchnieniem.
- Słuchaj. - zacząłem spokojnie. - Znamy się już od wieków i zawsze byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Tak na prawdę, to kochałem cię przez cały ten czas. - spojrzała na mnie z nadzieją, więc złapałem ją za ręce. - Po przyjacielsku... - spodziewałem się jakiegoś wybuchu płaczu, jednak Sanny roześmiała się perliście.
- Tak. Spodziewałam się tego. No... jest mi smutno, ale wiedz, że co by się nie działo, w moim sercu zawsze będzie dla ciebie miejsce. - Yhh, ta dziewczyna jest niesamowita! Ale ten tekst o miejscu w jej sercu mnie rozwalił. Już miałem wybuchnąć śmiechem, kiedy coś nami wstrząsnęło i zaczęliśmy unosić się w górę. Znowu. Przyjaciółka z ulgą westchnęła i wtuliła się we mnie. Teraz zorientowałem się, że przestało padać. Na niebie nie było już prawie żadnej chmury, powietrze jednak wciąż było ciężkie i wilgotne. Kiedy odkleiła się ode mnie, zaczął wiać jakiś potężny wiatr i młyn ponownie zatrzymano. A ponieważ zawisnęliśmy na samym szczycie, pod nami rozległ się pomruk i jęk niezadowolenia. Ja również westchnąłem i spojrzałem znów na towarzyszkę. Tym razem patrzyła gdzieś w przestrzeń, jej delikatna, jakby dziecięca twarzyczka wydawała się teraz taka twarda i oschła, złociste, długie włosy rizwiewał wiatr. W oczach miała jednak łzy. Kiedy pierwsza z nich powoli spływała po jej policzku, zdecydowałem się na ten krok. Uświadomiłem sobie coś właśnie i chciałem jej to okazać. Wytarłem delikatnie łzę z jej twarzy, a kiedy smutno spojrzała mi w oczy, byłem już pewny swoich uczuć. Możecie pomyśleć, że to była zwykła litość, ale nie. Poczułem w tamtej chcwili coś niezwykłego, w chwili gdy patrzyliśmy sobie w oczy, wiedziałem że to na pewno nie jest tylko współczucie. Ująłem jej twarz w obie ręce i najdelikatniej jak tylko umiałem, pocałowałem ją. Tak zgadza się, a jeszcze mało tego, uświadomiłem sobie, że to co czułem do Violetty, było tylko złudzeniem i nie można było nazwać tego miłością. Kiedy z niechęcią odsunąłem się delikatnie, zobaczyłem na jej ustach uśmiech, jakiego jeszcze nigdy u niej nie widzialem. Prawdziwy i szczery. Wtedy z sąsiedniej gondoli rozległ się wrzask:
- OK, tego już za wiele! Mogę patrzeć na to jak się przytulacie i obejmujecie, przytulacie, ale tna to już patrzeć nie mogę! Chciałam dać ci szansę na wytłumaczenie się, ale chyba właśnie najlepiej sama sobie to wytłumaczyłam. Nigdy więcej nie chcę cię widzieć, zdrajco! - wykrzyczała, po czym stanęła na laweczce która znajdowała się w godnolce.
- Nie, nawet się nie waż! - powiedziałem wyczuwajac jej zamiary. Ale ona już mnie nie słuchała. Patrzyła w ziemię, w to wszystko co znajdowało się ponad 100 metrów pod nią. Rzuciła ostatnie nienawistne spojrzenie w stronę, pary i zrobiła krok w powietrze.
                  
 - Angie -

To wszystko mnie już przerasta. Mam wziąć ślub, na który wcale nie mam ochoty i towarzyszyć na innym, na który jeszcze bardziej nie mam ochoty. Trzeba coś wykombinować. No nie wiem... A gdybym tak zachorowała? Nie, to mi raczej nic nie da, Pablo zaciągnie mnie do tego ołtarza siłą. Ale jemu zależy. Zaraz, moment, jakiego ołtarza, nie będzie żadnego ołtarza, żadnego ślubu ani tym bardziej wesela! Dlaczego powiedzenie jednego słowa " nie " jest takie trudne?! Hmm, chyba akurat nie było mnie w szkole na zajęciach o asertywności... Jeju, co za koszmar!
- Hej, kochanie! - powiedział uradowany Pablo, który wyrósł mi jak z ziemi, w najmniej odpowiednim momencie. - Słuchaj, znalazłem cudowną orkiestrę na nasze wesele, poszperałem trochę w internecie i znalazłem super limuzynę która przywiezie nas z kościoła na salę! Właśnie, nie zastanawiałem się jeszcze nad salą. Czy może bardziej zrobić wesele gdzieś w jakimś ładnym ogrodzie? W sumie byłoby miło, ale czy nie za gorąco? Jest czerwiec, na dworze 30 stopni wieczorem... A dom? Może dom weselny? Goście którzy mieszkają gdzieś dalej mogliby zostać na poprawiny, dzieci miałyby gdzie się przespać... Jeszcze zostaje kwestia jedzenia. Katering, czy raczej sami cos zrobimy? No jak będzie 150 osób, każdy przyniesie coś swojego to myślę że wystarczy. Ale na pewno ma być wiejski stół. I znalazłem nam całkiem nieźle mieszkanko, a właściwie dom. Ładny, piętrowy, z dużym ogrodem... Bo wiesz, myślę że mieszkanie z rodzicami to nienajlepszy pomysł. Zwłaszcza że już chyba pora na dzieci... - O nie, tego już było za wiele. Dzieci? Jakie dzieci? Nie mam na razie ochoty na dzieci. Ani ślub.
- Paaaablooooo... - jęknęłam.
- Co? Coś ci jest? Słabi wyglądasz. Może zrobię ci herbatę? I przygrzeję nam rosół. - znów wydałam z siebie odgłos niezadowolenia, tym razem z błagalnym spojrzeniem w sufit. Mężczyzna dotknął mojego czoła, zapewne w celu sprawdzenia czy nie mam gorączki. Wywrocilam oczami, a on chyba to zauważył bo westchnął i ciężkim krokiem skierował sie do kuchni.
- Jak już tam idziesz, to zrób mi coś do jedzenia! Głodna jestem.  - krzyknelam za nim. I to był mój błąd. Pablo w ułamku sekundy klęczał przy kanapie, na której od dłuższego czasu zalegałam.
- Na co masz ochotę? - wyrzucił z siebie te cztery słowa jak karabin maszynowy, normalny człowiek na 100% by go nie zrozumiał. Na co mam ochotę, pytasz? Wziąć ciężki młot, mniej-więcej 90-kilogramowy, nabity metalowymi ćwiekami i przywalić ci nim w łeb, pomyślałam. Ewentualnie, zepchnąć cię z mostu. Albo sama z niego zeskoczyć
- Kurczak.  - powiedziałam spokojnie
- Nie ma.
- Zamów.
- Gdzie ja ci zamówię kurczaka?
- W KFC. - mój - o, zgrozo - przyszły mąż wywrócił oczami.
- Poledwice czy kubełek?
- Twister.
- Coś do picia?
- Poledwiczki. - kolejne westchnienie z przymknięciem oczu.
- Ostre?
- Głupie pytanie.
- Sos?
- Jeszcze głupsze.
- Pączka?
- Co?
- Wiesz, pomyślałem że skoro takie masz wymagania, to może i pączka byś...
- Nie jestem w ciąży.  - przerwałam mu spokojnie. Spojrzał na mnie speszonym wzrokiem, ale zaraz później rzucił spojrzenie mówiące: "jeszcze nie". Zaczęłam się go bać, więc wymyśliłam coś, że muszę iść kupić masło, czy coś. Kilka minut po wyjściu z domu zaczęłam sie zastanawiać gdzie ja w ogóle mam iść. Wtedy uświadomiłam sobie, że dwie rzeczy związane z moim wyjściem nie miały sensu. Po 1. dziś jest niedziela, a w niedzielę te mniejsze sklepy są pozamykane, po 2. nie wzięłam z domu torebki, a co za tym idzie: portfela. A raczej ciężko będzie kupić masło bez pieniędzy. Zaśmiałam się, sama z siebie i skierowałam się do parku. Przysiadłam na ławce obok fontanny i wyjęłam telefon z kieszeni. Zobaczyłam, że mam 4 nieprzeczytane wiadomości.
Pierwsza była od Beto:
"Masz może czas jutro wieczorem? Mam ci coś ważnego do powiedzenia..."
Aha... zaczynam się bać...
Drugą wysłała mi Olga:
"Nir msm pimuslu na iviad. Ty mssz jwkus?"
A więc Olga umie pisać SMS-y! Chociaż... nie do końca...
Trzeci SMS był codziennym spamem gwarantującym wygraną, więc nawet nie chciało mi się go czytać, natomiast czwarty... przysłał mi go German:
"Masz już sukienkę na ślub? Postanowiliśmy z Jade przesunąć termin... Na sobotę."
Czułam, jak do oczu napływają mi łzy. Jak to: na sobotę?! Dziś był czwartek, a to oznaczało ślub jest za dwa dni. Przez dwa dni ja nie zdążę... Nie zdążę tego odkręcić. To nie może się tak skończyć! Obok mnie przemknęła karetka, a zaraz za nią straż pożarna. Zatrzymały się przy wesołym miasteczku, które było jakieś 100 metrów ode mnie, pomyślałam więc, że zobaczę co się dzieje. Było bardzo gorąco, a kiedy wyszłam z cienia, upał stał się wręcz nie do zniesienia. Przez to ciężko było mi się na czymkolwiek skupić. Kiedy wreszcie doszłam na miejsce, zobaczyłam przed sobą... plecy innych ludzi. Przy taśmie ochronnej ustawiły się już setki osób. Próbowałam się dopchać na początek, ale nie dałam rady. Diabelski młyn ruszył. Chyba wcześniej stanął, bo ludzie którzy się na nim znajdowali zaczęli krzyczeć i bić brawo. Maszyna powoli się kręciła, co jakiś czas zatrzymując się, by pasażerowie mogli wysiąść. Z kolejnych gondoli wysiadali coraz bardziej przestraszeni ludzie. Ostatni z wagonów zjechał na ziemię. Ku mojemu zdziwieniu wysiadł, a raczej wyskoczył z niego Leon i puścił się pędem w stronę karetki. Przeskoczył zabezpieczenia i przeraźliwie wrzeszcząc upadł na ziemię. Tylko tyle zdołałam zobaczyć przepychając się przez tłum gapiów. Kiedy wreszcie dopadłam taśmy, zobaczyłam coś, czego chyba nic by nie przebiło. Był to najstraszniejszy widok, jaki kiedykolwiek mogłam ujrzeć. Nawet widok... widok... Jego w garniturze ślubnym, a obok niego innej kobiety... Nie, nawet nie ma porównania. Angie, ogarnij się! Teraz ważne jest coś innego. Przeszłam pod taśmą ochronną i dopadłam noszy.
- Violetta...

***

Muahaahahahahahahahahahahahah xd
Znowu jestem zua ;D
Mmmm oglądam sb Violetitę *.*
Ramallo zazdrosny o Olgę ;o
Cami ( dziewczyna która ją dubbinguje ) ma strasznie zapchany nos -,-
Dieguś jaki skromny... 
Co za palant...
Ale go kocham <3
Okej...
Sorcia ;c
Długo nie pisałam...
No i rozdział krótki...
Przepraszam...
Nie mam pomysłu na tytuł -,-
Znowu przepraszam...
Chyba Violci się coś śni *o*
W serialu, oczywiście xD
OK, jakieś skojarzenia co do ostatniego zdania?
Chyba tyle...
Następny będzie szybciej, obiecuję <3 
Pojutrze albo w sobotę ;*



Natt ;3

4 komentarze:

  1. Fajne, te Angie i Pablo. Dzieci?

    OdpowiedzUsuń
  2. Haha, padłam! Ta akcja z tą ciążą i kurczakami :3 Świetny rozdział, informuj o kolejnym!

    informuję o nowym rozdziale na http://violetta-story.blogspot.com gdyż prosiłaś o informowanie o nowych rozdziałach :)

    Mam nadzieję, że wpadniesz i zostawisz komentarz - zostań na dłużej! :)

    Buziaki,

    Zuzka.

    OdpowiedzUsuń
  3. daj mi germangie albo zjem klawiature ! Ico Angie widzi germana w garniturze ślubnym z inną kobieta ja cie chyba ZABIJE !

    OdpowiedzUsuń